Człowiek w Karmelu - Formacja

Człowiek w Karmelu

Nowe dokumenty Kościoła (instrukcja Cor orans, dokument Młode wino, nowe bukłaki) podkreślają, jak istotną rolę pełni formacja ludzka w życiu zakonnym. Można powiedzieć też szerzej – jak ważne w życiu duchowym jest poznanie siebie i zintegrowanie swych ludzkich wymiarów: fizycznego, psychicznego i duchowego.

Nad sposobem w jakim chciałybyśmy realizować w Karmelu formację ludzką zastanawiałyśmy się m.in. w czasie Zjazdu Przeorysz i Delegatek Warszawskiej Prowincji Sióstr Karmelitanek Bosych. Siostry z różnych wspólnot napisały świadectwa związane z własnym doświadczeniem w tym zakresie. Dzielimy się jednym ze świadectw z naszej Wspólnoty.

***

Gdybyśmy próbowali odpowiedzieć na pytanie:
„czym jest życie monastyczne?”
chyba trudno byłoby znaleźć lepszą definicję jak,
że jest to codzienne życie
z pełną świadomością i uważnością
(Jan Bereza OSB).

 

Człowiek w Karmelu

Podzielam przekonanie, że różne dziedziny ludzkiej aktywności (i związane z nimi nauki) posiadają swoje „wielkie pytania”. Odnajduję je w teologii czy filozofii, zapewne są i gdzie indziej – w fizyce, neurobiologii, hydrologii, psychologii czy weterynarii… Sam fakt istnienia „wielkich pytań” to jeszcze nic, gorzej, że proza życia domaga się odpowiedzi! Odpowiedzi, a przynajmniej ich poszukiwań, potrzebuję zarówno w sytuacjach poważnych (w kryzysie czy rozeznawaniu życiowych decyzji) jak i w „szarej” codzienności (gdy współtworzę relacje, trenuję psa lub gotuję obiad). Istnieje obszar dość dziwnej aktywności niektórych jednostek ludzkich, który interesuje mnie szczególnie, z racji osobistego zaangażowania o całożyciowym zakresie. Tym obszarem jest: „życie zakonne”. W moim przekonaniu jedno z naszych „wielkich pytań” brzmi: Czym jest życie duchowe? Życie zakonne bowiem, na ile je rozumiem, ma służyć życiu duchowemu, bo chociaż duchowość można kultywować w każdym stanie żywota, zakonność ma w tym zakresie swoje ambicje.

Na fali uniesienia związanego ze wstąpieniem do Karmelu, na fali gdzie próbowałam surfować z wdziękiem, znawstwem i ogólnie na poziomie – odpowiadałam sobie, że życieduchowe to życie według Ducha, Świętego oczywiście. Oczekiwałam (może nie do końca wyrażając się w ten sposób), że będzie On stępował w widomej postaci, odrębnej i wyraźnej, prowadząc mnie po duchowych ścieżkach (wszak Duch prowadzi duchowo, czyż nie?) Dowodów co nie miara znajdowałam w Piśmie Świętym oraz tekstach mistycznych, iż dla życia duchowego – jak mawia poeta – ziemia dla nas za płytka, fruniemy w górę gdzieś…

Zamierzałam kultywować najwyższe sfery ludzkiej duszy, znaczy się intelekt i wolę, jako że są duchowe, a więc predestynowane do życia duchowego. Wyznaczają one standardy człowieczeństwa i wyróżniają ludzi od zwierząt, dalejże więc będę tam inwestować, wszak nie jestem ani małpą ani paprotką. W konsekwencji swoimi uczuciami nie będę się zajmować, gdyż mam na głowie obowiązek dźwigania ludzkiego ducha, dzięki któremu jednoczę się z Absolutem. Pomysł zajmowania się ciałem fizycznym wydawał mi się już zupełnie kabaretowy i bez gustu, wszak ciało należy porzucać, porzucać, porzucać, jako odciągające od duchowego horyzontu.

W okolicach nowicjatu mój jednostajne przyspieszony lot w górę nieco osłabł. Najpierw pojawiły się kłopoty z przyspieszeniem, a następnie z lotem jako takim. Kierunek „w górę” okazał się nie do utrzymania. Okres ślubów – o mój Boże – to już nawet nie było dreptanie po ziemi lecz nastąpiła eksploracja ciemnego tunelu. W tunelu zaś naprawdę się nie wzleci, chyba, że za lot uznamy pikowanie w dół. Intelekt okazał się Panem Mistyfikacją – nie w tym sensie, jakobym świadomie kłamała przed sobą czy siostrami. Byłam szczerze nastawiona na poszukiwanie prawdy w moim życiu. Okazało się jednak, że intelekt jest w stanie dokonywać tak przedziwnych konstrukcji myślowych, schematów, absurdalnych odniesień, że wręcz uniemożliwiają one zetknięcie się z realną rzeczywistością, z tym, co naprawdę dzieje się we mnie czy we wspólnocie (Jestem pewna, że ona pomyślała sobie o mnie TO; Siostra TO powiedziała, nawet jeśli innymi słowami, słyszałam; Widać, że mnie nie lubią i nie ufają mi…). Moja wola okazała się Panną Foch i ogłosiła strajk totalny, odbierając mi zdolność do „postarania się”, dokonywania odpowiednich (ludzkich) wyborów, a nawet przestrzegania prostych zasad wspólnego życia, wymagających respektowania zakonnych zwyczajów. Nie można jeść między posiłkami? Ja właśnie muszę. Należy ubierać spódnicę pod habit? Spać w nocnym szkaplerzu? Ja właśnie nie mogę itd. W zamian miało miejsce wiele emocjonalnych reakcji, zupełnie nie na poziomie, nie adekwatnych do sytuacji, dziecięcych i nie do opanowania. Nadto, poważnie zachorowałam.

Przy braku możliwości frunięcia w górę, aby przeżyć, musiałam nauczyć się chodzić po ziemi (z początku uznawałam to za klęskę żywiołową) albo wygrzebywać sie spod ziemi (naprawdę mało twarzowo). Pierwszymi nauczycielkami były siostry ze wspólnoty, mające doświadczenie w mocnym stąpaniu po ziemi, co w niczym – musiałam to przyznać – nie ujmowało im urody ani duchowości. Kolejnym istotnym i dobrym wymiarem mojego doświadczenia, była pomoc psychoterapeutyczna i fizykoterapeutyczna. Jak mogłam zauważyć, we wspólnocie nikomu korona z głowy nie spadała, kiedy szukał dla siebie pomocy (odpowiadając za siebie jak dorosły człowiek), korona nie spadła więc i mnie. A raczej śmiałe przedsięwzięcie zaangażowania się we własne człowieczeństwo ową koronę mi przyniosło, koronę rozumianą jako symbol osoby mającej swoją godność i moc sprawczą.

Na mojej drodze duchowej nie zadziałało żadne cudowne, jedno lekarstwo – nie było jednej tabletki, jednej sesji, jednej modlitwy. W zamian rozpoczął się długi proces integracji tego, co faktycznie duchowe w człowieku (intelektu i woli będących pięknymi zdolnościami), z tym co zmysłowe (ze światem pragnień, marzeń, fantazji oraz całego pięknego oceanu uczuć), z tym co biologiczne (związane z seksualnością, z hormonami, z całym biologicznym wymiarem kobiecości). Doświadczyłam na sobie, że całe nasze „ludzkie wyposażenie”, nasze zdolności do poznawania i przeżywania działają dobrze o ile działają spójnie, harmonijnie, w równowadze. To system naczyń połączonych, który rozregulowuje się gdy odetniemy jedno ogniwo. Np. intelekt nie działa dobrze, jeżeli jestem odcięta od uczuć; wola nie funkcjonuje dobrze, jeżeli nie dbam o spełnianie własnych potrzeb, a jednocześnie donikąd prowadzi mnie realizowanie wszystkiego, co na chęć się nawinie. Uczę się, że Duch Pański przychodzi po ścieżkach bardzo ludzkich, materialnych: po ścieżkach moich schematów myślowych (i pomaga mi je poszerzać), po ścieżkach uczuć (pomaga je rozróżniać, nazywać i przeżywać). Królewskim zaś traktem Ducha Pańskiego są więzi jakie buduję sama ze sobą, z siostrami, z ludźmi wokół; szczególnym miejscem Jego przychodzenia jest relacja z Nim Samym (z Nimi Trzema). Dopiero kilka lat po ukuciu przeze mnie pierwotnego przekonania, że frunąć należy w górę, uświadomiłam sobie, że Jezus zleciał w dół – wcielił się. Kobiecych emocji może nie przeżywał ale męskim zdaje się też niczego nie brakuje. Będąc prawdziwym człowiekiem, doświadczał swoich popędów, uczuć, miał swoje schematy myślowe, musiał uczyć się kochać. Fakt, że nie przestał być Bogiem, jedynie umocnił jego prawdziwe bycie człowiekiem.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że życie duchowe to po prostu życie ludzkie – w całej pełni. Jako mniszka nie zrealizuję aktywnie wszystkich jego wymiarów (np. nie będę mamą albo pilotem myśliwca), ale jestem powołana do przeżycia w całej pełni swojego człowieczeństwa, do kontaktu z nim. W moim bowiem odczuciu, jest to Jezusowa ścieżka duchowości.

BOSO W SIECI

Czyli kronika on line

BAJKI I FRASZKI

Tylko dla małych

WIRTUALNA WYCIECZKA

Zapraszamy na wirtualną wycieczkę
Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
61 0.14500403404236